roundtheworld blog

Twój nowy blog

Wpisy z okresu: 4.2006

Nastapily pierwsze zmiany na naszej ‚mapie planowanej trasy’, nie zdazylismy z wiza na Tonga, wiec lot do Nuku Alofa anulowalismy.. Kolejna zmiana to nieplanowana rozlaka, ktora nastapila na skutek decyzji amerykanskich oficerow imigracyjnych, ktorzy nie wyrazili checi by obywatel Piotr Molu odwiedzil ich zjednoczony kraj.. Tak wiec pierwszy raz od 235 dni nasze drogi musialy sie rozdzielic.. Tym sposobem w drodze do latynoskich znajomych sam wyladowalem w Los Angeles i stad bede szukal drogi do stolicy Meksyku, Mol natomiast droga troche na okolo bo przez Europe..

California srednio sloneczna i w porownaniu do samoanskich tropikow chlodna, zostalem jednak przyjety bardzo cieplo przez znajomych z Polski, ktorzy pokazali mi jak pieknie zyje sie w stanie, ktorym przewodzi terminator. Zwiedzilem muzeum prezydenta Reagana, gdzie siedzialem w Air Force One i patrzylem jak nasz slynny Lech cieszy sie z sukcesow Solidarnosci, odwiedzilem pare gwiazd w Hollywood, wpadlem do znajomych z Beverly Hills i zerwalem cytryny i pomarancze na deser z przydroznych plantacji..

Poznalem tez niezwykle ciekawa osobe, zone Leopolda Page’a, Mile. Pewnie nie wiecie, ale panstwo Page zostali uratowani przez Shindlera z rak hitlerowcow. Pan Leopold po wojnie mieszkal w Los Angeles i tu poznal australijskiego pisarza Thomasa Kenealliego, ktoremu opowiedzial historie swojego zycia. Keneally postanowil napisac ksiazke, ktora stala sie bestsellerem i zauwazyl ja sam Spielberg. Reszte opowiesci znacie. Z Mila przegadalismy pare godzin, o krakowie, niezwyklosci Oskara Shindlera, jego niesamowitej „nieniemieckosci”, o powojennej z nim przyjazni a takze o podrozowaniu na kontynencie azjatyckim..:)

Kontynent amerykanski przed nami, wiec, by spotkac Mola udaje sie do San Diego, pozniej Tijuana i… sam jeszcze nie wiem :)

skot

SAMOA – miejsce to troche odbiegalo od naszych oczekiwan..wyobrazalismy sobie mala wysepke pelna rajskich plaz i krystalicznie czystej wody..rzeczywistosc okazala sie jednak inna. Jest to wyspa pochodzenia wulkanicznego, wiec brzegi wygladaja jak male klify, pelne gejzerow z ktorych tryska para…
Po jednej nocy spedzonej w stolicy Apii, na wyspie Upolu przedostalismy sie promem na Savaii. Tam po odkryciu piramidy i wodospadu w samym srodku dzungli postanowilismy odnalezc rajska plaze, rozbic namiot i zaczac polowy w celu przygotawania kolacji… Po wyjsciu na ulice okazalo sie, ze do plazy jest spory kawalek,a slonce chylilo sie ku zachodowi, bez dluzszego namyslania postanowilismy wiec lapac stopa. Po okolo 20 minutach zatrzymal sie pickup z lodzia na pace i 3 mezczyznami, korym na migi wyjasnilismy, ze poszukujemy plazy…kiwnieciem glowy zgodzili sie. Po jakims czasie dojechalismy do malej wioski rybackiej Voenga. Okazalo sie, ze byli to synowie wodza wioski(ktory byl zarazem pastorem w miejscowym kosciele), ktory z usmiechem na twarzy zaproponowal nam nocleg i strawe u siebie. Zostajemy!!!! Pierwszy posilek skladal sie z okolo 10 potraw…ryby, miesa, taro, laui (zapiekane liscie taro ze swiezym kremem kokosowym), kraby, ryz….wszytstko oczywiscie przyrzadzane przez siedmioro dzieci ministra, ktory razem z zona ogolnie nic nie robi. Pierwsi do stolu zasiadamy my, razem z pastorem i jego zona. Powoli spozywamy smakolyki (wachlowane przez dzieci azeby muchy nie siadaly) sluchajac opowiesci o kulturze samoanskiej…co jakis czas rodzice wolaja jednego z synow azeby podal jakis talerz poniewaz nie chcialo im sie siegnac reka. Po nas resztki jedza kobiety i dzieci, zas na koncu wyglodniali 20-latkowie…..
Noc w fale, drewnianych domkach bez okien, przy morzu…. o wschodzie slonca zostajemy budzeni na sniadanie, pozniej wizyta w kosciele. Na msze zostalismy przyodziani w biale szaty…. po modliwtwie pastor wstaje i zaczyna mowic po angielsku. Po kilku minutach padaja nasze imiona i w tej samej sekundzie 200 par oczu pada na nas, a z tylnich lawek dobiegaja szepty : Poland, Poland…. Popoludnie wypelnia nam przejazdzka wokol wyspy i zbieranie kokosow. Ogladamy jak mlody chlopak o zwinnosci malpy wychodzi w kilka sekund na 20-metrowe drzewo, azeby za chwile zobaczyc lecece w dol kokosy. Szybka nauka otwierania kokosa i plecenia koszykow i wracamy do wioski na obiad (na ktory po czesci skladaly sie dary od mieszkancow, w celu godnego przyjecia bialego czlowieka).

Nastepnego dnia zostajemy odwiezieni do portu, skad statkiem wracamy na Upolu. Dzien spedzamy na rajskiej plazy, opalajac sie i nurkujac ogladajac rafe koralowa :)
Wieczorem skot opuszcza wyspe, ledwo zdazajac na samolot, co sie konczy brakiem miejsc w economy class…laduje wiec w klasie biznes, gdzie szampan i kawior go nie opuszcza. Molu kolejne 2 noce spedza w stolicy, rozkoszujac sie ogladaniem rafy koralowej na pobliskiej plazy i spedzajac czas na rozmowach z poznanymi ludzmi kiwi… Za tydzien 2 podroznikow znowu rozpocznie odkrywanie nieznanych terenow, tym razem juz na innym kontynencie…..spotkanie zaplanowane w Meksyku…….

Po 2 godzinach opoznienia w koncu wyladowalismy w solicy Samoa, Apii. Juz sama podroz z lotniska do hostelu byla niesamowitm przezyciem…. wspaniale widoki przy interesujacej rozmowie z mlodym chlopcem, ktory zabawial nas opowiesciami o raju.. Postanowilismy jednak dlugo tu nie zabawic i jutro przedostajemy sie lodka na nastepna wyspe, o nazwie Savai`i… tam planujemy podazac niezbadanymi terenami z namiotem w plecaku. Wyspa ta jest pochodzenia wulkanicznego, z duza iloscia czynnych kraterow,
wodospadow i krystalicznie czystych `basenow wodnych`….. Pozywienie mamy nadzieje zlapac dzieki kupionej dzisiaj zylce, haczykom i gumianym malym osmiorniczkom….
Powrot planujemy za 3 dni, kiedy to zdamy relacje o mozliwym glodowaniu w buszu…..

Nowa Zelandia, nazywana przez lud Maori Aotearoa jest po prostu przepiekna… odnalezc tu mozna majestatyczne szczyty pokryte sniegiem, niezbadane lasy tropikalne, krystalicznie czyste jeziora pelne pstragow, zlote plaze pelne wylegujacych sie zolwi, lodowce, gejzery, wulkany i fiordy. A wszytsko to na powierzchni mniejszej niz Polska, gdzie na jednogo mieszkanca przypada srednio 10 owiec….

Nasza przygode z tym niesamowitym miejscem rozpoczelismy 2 tygodnie temu ladujac w pieknym miasteczku o nazwie Christchurch, gdzie czekala na nas 8-osobowa Toyota Previa….
W ciagu 10 dni udalo nam sie objechac cala poludniowa wyspe, zwiedzajac miejsca, ktore na zawsze pozostana w naszej pamieci… Wschody i zachody slonca nad jeziorami Tekapo, Wanaka i Wakatipu z wysokimi gorami w tle po prostu zapieraly dech w piersiach… aczkowliek noclegi nie az tak z powodu niskiej temperatury i spania w aucie ( w celu minimalizacji kosztow :) ). Kolejne dni to odkrywanie wpsanialych fiordow w zaczarowanym miejscu Milford Sound, zdobywanie szczytow Poludniowych Alp (wlacznie z Mt Cook 3784), podziwianie lodowca Foxa i zazywanie trankilu na piaszczystych plazach W Abel Tasman National Park….a wszystko to przy wtorze beczenia owieczek… Z zalem w sercu opuszczlaismy wiec poludniowa wyspe, kierujac sie na polnocna promem, na ktory sie oczywiscie spoznilismy… Na otarcie lez mielismy jednak do dyspozycji sportowa Mazde 6, za ktora musielismy zaplacic niebagatela 1$ dziennie….

Przygode z polnocna czescia Nowej Zelandii rozpoczelismy od skoku z samolotu (60 sekund swobodnego spadku) nad przepieknuym jeziorem Taupo i czynnym wulkanem Ruapehu….cos niesamowitego!! Bedac pedzeni czasem po drodze do Auckland, zazylismy spokoju ogladajac gejzery w Rotourze ( 30 kilometrow od Hobittowa ) i spogladajac na gotujece sie baseny blotne….. trudno opisac slowami piekno tego najbardziej zroznicowanego krajbrazowo miejsca na swiecie, dlatego zachecamy goraco do obejrzenia zdjec :)

W tak pieknym miejscu jak Nowa Zelandia jeszcze nie byliscie!! Od tygodnia jezdzimy po wyspie poludniowej zwiedzajac tereny po ktorych nie tak dawno biegal frodo z ekipa od pierscionkow, wspinamy sie na lodowce i robimy zdjecia owcom, ktorych jest tu z 40 milionow..

Szersza relacja wkrotce, jutro jedziemy na polnoc, pozdrawiamy swiatecznie!

Jak wiecie udalo nam sie dotrzec do sydney, przygod bylo wiele, pech nas nie opuszczal wcale, ale tez przezylismy calkiem mile chwile..

Juz przed odlotem do oddalonego o prawie 3000 km Cairns ostrzegano nas ze mozemy nie odleciec bo na polnocy szaleje cyklon Larry.. Linie lotnicze jednak polecily kierowac sie w strone lotniska.. nie wspomnialy jednak ze deski serfingowe ktore mieszcza sie w specjalnej komorze musza miec ponizej dwoch metrow.. Deska mola spelniala wymogi, skota natomiast byla o pare centymetrow za dluga.. Musielismy wiec wyruszyc z jedna tylko zabawka, i dzielic sie nia gdy tylko oczom naszym ukazaly sie spienione pagorki na szerokim oceanie.. Ale po kolei..

Tym sposobem odwolanym lotem dotarlismy do zamknietego lotniska w Cairns zaraz po tym gdy cyklon opuscil polnocno-wschodnie wybrzeze Australii.. Nie bylo jednak po nim wiekszego sladu, aczkolwiek mak i pare innych sklepow bylo pozamykane. Noc spedzlismy w wielkim backpakerskim hostelu Gilligans-nie polecamy go nikomu! Drugiego dnia wczesnie rano wypozyczylismy blekitna Toyote Camry i ruszylismy na poludnie. Zaraz za wodospadem Milaa Milaa postanowilismy zjesc obiad, najlepiej w KFC.. Po dotarciu do misteczka Innisfail okazalo sie ze nie tylko KFC zostalo „zwiane”, ale takze wszystkie plantacje bananow, 70% domow, olbrzymie tereny lasu tropikalnego zostaly zniszczone przez poranny wiatr… Larry przyniosl takze wystarczajaco duzo wody by odciac od swiata kolejne miasteczko na naszej trasie, Tully. Bez elektrycznosci, wody, jedzenia mieszkancy zdani byli tylko na siebie, a my na nocleg przy alkoholowym „drive-through”, oczywiscie w samochodzie..

Nastepnego dnia zostalismy poinformowani przez mila policjantke ze drogi zamkniete sa od poludnia, polnocy i zachodu i moga nie zostac otworzone przez 2 tyg.. Przy zalozeniu ze tego dnia mielismy byc juz 500 km blizej rafy koralowej, nie zapowiadalo sie ciekawie. Zaryzykowalismy jednak i jeszcze wieczorem znalezlismy sie z powrotem w Cairns. Nocleg w Palm Cove (super) na balkonie domu do wynajecia byl tak przyjemny ze zaspalismy na samolot do Brisbane.. Jedynym sposobem przedostania sie na poludnie bylo wlasnie przelecenie polowy naszej trasy samolotem.. Budziki o 4 nikogo nie obudzily wiec kolejne pare godzin w dosc nudnym i malutenkim Cairns musielismy spedzic..

W Brisbane czekala juz na nas nowa Camry, tym razem zlota i nia udalismy sie do Noosa Heads.. Spokojne miejsce na Slonecznym Wybrzezu (sunshine coast) przywitalo nas pieknym zachodzacym sloncem, noc jednak byla mokra a my chowalismy sie przed tropikalnym deszczem na werandzie sklepiku w parku narodowym.. Kolejny dzien to wariactwa w Dreamworld, wesolym miasteczku z prawdziwego zdarzenia.. Rollercostery, 39-o pietrowe wieze ze spadajacymi windami, zwariowane karuzele.. smiesznie bylo.. I juz nie padalo! Wieczorem znalezlismy wiec mile miejsce na kamping w Surfers Paradise na gold coast.. Cale zlote wybrzeze to ciagnace sie kilometrami bajeczne plaze z wielkimi obrzydliwymi drapaczami chmur przy oceanie.. Na plazy Coolungata pofilmowalismy troche wariatow ktorzy szaleli na pocyklonowych falach, zachaczylismy o Miami i ruszylismy w strone Byron bay. Kolejne urocze miejsce ze sliczna zatoka, turystycznym centrum, latarnia morska, parkiem narodowym i najbardziej na wschod wysunietym punktem kontynentu.. Noc spedzilismy w namiocie przy plazy na polu namiotowym Clarkes Beach Holiday Park..

Ostatni dzien to Nimbin-legendarne miasto hipisow.. Miasto jak miasto-jedna ulica przy ktorej kolorowe domki namawiaja do zrobienia sobie tatuazu, kupienia fikusnych popielniczek, czy dziwnie wygladajacych ciasteczek…;) Noc na plazy Crescent Head, 500km od Sydney, przy szumie oceanu i blasku czerwonego slonca.. Zdjecia dodane wiec opisywal tego nie musze…

Tak wiec nie wszystko poszlo po naszej mysli, na koniec naszego pobytu tutaj warto jednak bylo wziac tydzien wolnego od pracy i poznac australijski kontynent wzdluz…:)


  • RSS