Naszą 13-o osobową w pełni polską wyprawę rozpoczęliśmy od nieprzespanej nocy na podlondyńskim lotnisku Luton, z którego od niedawna tanie linie lotnicze kursują na kontynent afrykański. Jeśli kupi się bilet odpowiednio wcześnie, nie zapłacimy za niego więcej niż za ten w obrębie Europy. Z wysp brytyjskich można obecnie dolecieć do Marakeszu, Fezu i Casablanki, my wybraliśmy lot do tego pierwszego. Perła Południa lub Dusza Maroka jak mówi się o Marakeszu, jest najlepszym wypadowym miejscem tak w góry jak i nad ocean, w niej postanowiliśmy więc rozpocząć podroż po Maroku.
Pierwszy poranek w Afryce jest bardzo przyjemny, słońce grzeje, ale powietrze nie jest upalne. Planujemy wydostać się jak najszybciej na południe dlatego zaraz po wymianie Euro na Dirhamy łapiemy 3 grand taxi – ‘duże’ 6-o osobowe taksówki, które zawożą nas na dworzec autobusowy. Stamtąd ruszamy na przygodę z prawdziwego zdarzenia. Autobus tak jak się spodziewałem z surowymi warunkami, ale wygodny. Dodatkowa opłata za bagaż (5 Dh – 50 Eurocentow, nigdy więcej, nawet jeśli ‘bagażowi’ tego żądają) i ruszamy w strone Ouarzazate. 6-o godzinna podróż to doskonałe widoki, piękny krajobraz Atlasu Wysokiego, raz z lewej raz z prawej niesamowite przepaści, na które kierowca zdaje się nie zwracać uwagi. W oddali ośnieżone szczyty, przy drodze czerwono brązowe skały. Wszystko w odcieniach szarości, piasku i kurzu, słońce siągnęło już zenitu, temperatura więc taka jakiej w Afryce oczekiwaliśmy. Do zatrzymującego się co chwile autobusu wchodzą głoszący słowo Allaha beduini i sprzedawcy próbujący wcisnąć podrożnym przeróżne specjały od krzaków mięty i daktylach począwszy na zającach i kameleonach skończywszy.
AIT BENHADDOU
Poźnym popołudniem z Ouarzazate do Ait Benhaddou, dostać się można jedynie taksówkami, targujemy się więc zacięcie, nasza siła przetargowa w postaci 13 osób działa znakomicie, za 120 Dh ruszamy do oddalonej o 40 km kazby. Jest to najlepiej zachowana osada z XVI w. znana w świecie dzięki takim filmom jak Jezus z Nazaretu czy Gladiator. Mieścina ta została wpisana na listę UNESCO w 1994 r przez co nieco straciła na uroku z powodu ilości turystów co roku ją odwiedzających. Przez ich notoryczne odwiedziny uliczki na otoczonym murami wzgórzu nie są już tak naturalnie zakurzone, a prawie każda gliniana chata to możliwy do odwiedzenia skansen-muzeum. Noc spędzamy w pierwszym hoteliku przy drodze – La Baraka, którego właściciele, a zarazem kucharze, recepcjoniści i sprzedawcy dywanów w jednym przyjmują wielkim obiadem. Na marokańskim stole znalazły się wszystkie narodowe specjały – tadżin, gliniane naczynie z grillowanym kurczakiem oraz pieczone ziemniaki, kuskus, omlet z warzywami i przeróżnymi przyprawami. Na deser nalana z dużej wysokości herbata z miętą oraz melon – najsłodszy jaki można sobie wyobrazić!
Do obejrzenia glinianego wzgorza najlepiej wybrać wczesny poranek, gdy słońce swoimi czerwonym promykami oświetla gliniane chatki, a w okolicy panuje głucha cisza, co jakiś czas zakłócona jedynie szczekaniem dzikich psów. Życie tu budzi się wcześnie, kolorowo ubrane kobiety wyprowadzają bogato obładowane osły na przechadzki, mężczyźni w długich sukniach wynoszą przed gliniane drzwi stojaki ze sreberkami, koralikami i dywanami. Warto przebiec się po okolicy, która mimo iż dość monotonna to dla przybyszy z Polski ciekawa – dookoła pustkowie, brunatne skały, jedna długa prosta droga, spokój i cisza, nikt nie krzyczy, samochodów nie słychać. Nasi gospodarze, Mohamed i Abdul po meczu piłkarskim Maroko-Polska dostają od nas koszulki z orzełkiem, żegnają serdecznie i wsadzając do grand taksówek polecają nocleg u kuzyna w wąwozie Todra, gdzie dziś zmierzamy.
WĄWÓZ TODRA
W Tinerhir spotyka nas wysłannik hotelu Valentin, wspomniany wcześniej kuzyn i dumnie zabiera całą naszą paczkę do busa. Wszyscy mamy na sobie koszulki z flagą Maroka i polsko-marokańskim napisem głoszącym WYPRAWA 2007 – KROLESTWO MAROKA, ktore powodują szczerbaty uśmiech na twarzach wszystkich lokalnych taksówkarzy. -Ca va? Budzimy zainteresowanie i podziw. Salaam aleikum – Witamy!
Droga do Todry to kolejne malownicze widoki, tym razem już bardziej zielono, palm nie sposób policzyć, mijamy znak drogowy „uwaga wielbłądy”, czerwono brązowe skalne urwiska i osiedla domków w takich samych kolorach. Po półgodzinnym wspinaniu się wąską drogą wśród palm i ziemnych prymitywnych budowli w górę wąwozu zbliżamy się do jego najwęższej a zarazem najwyższej części. Tu po jednej i drugiej stronie pionowe wysokie skały ograniczają widoczność rożowy kanion Todra zapiera dech w piersiach. Na powitanie wyszedł nam Mohamed, Marokańczyk w klasycznym stroju, z turbanem na głowie, szalem zwisającym aż do ziemi i niebieskim suknem. Tego samego dnia wspinamy się na otaczające wąwóz skaliste zbocza, mijamy gliniane hoteliki, kolorowe stoiska z wielbłądzimi dywanami i owiniętych w turbany sprzedawców przeróżnych świecidełek.
Woda w strumyku, ktory dał początek wąwozowi miliony lat temu jest przejrzyście czysta, zaraz po marokańskim śniadaniu – grubych naleśnikach z dżemem konsystencją bardziej przypominającym miód – chłodzimy się w nim skutecznie. Zamówionymi wcześniej taksówkami – trzema rozlatującymi się mercedesami, z których każdy ma przejechane ponad milion kilometrów ruszamy w dalszą drogę.
MERZOUGA
W Tinerhirze w jedynym w okolicy sklepie z piwem robimy duże zakupy bo na dziś zaplanowana Sahara. By dotrzeć do Merzougi, leżącej na skraju największej pustyni świata nasze przedepokowe pojazdy musiały pokonać ponad 300 km w upalnym słońcu. Jedna z taksówek nie wytrzymała i nie wiedzieć czemu na środku pustkowia przestała jechać. Nasz kierowca wyglądał na równie zaskoczonego jak my, dopiero po 3 godzinach zaglądania pod maskę wraz z 10 przypadkowymi gapiami zdecydował się polać silnik wodą i ruszyliśmy dalej. W glinianym hotelu czekało już 4 kolorowo ubranych beduinów, z 13 wielbłądami. Stare, duże, dość niemiło pachnące ale bardzo śmieszne z mordki zwierzaki kucając czekały cierpliwie aż banda podekscytowanych turystów na nie siądzie. Przywiązaliśmy do siodeł z koców najpotrzebniejsze na nocleg na Saharze rzeczy – śpiwory, bluzy i piwo i nasmarowani kremami niczym najwytrwalsi plażowicze ruszyliśmy. Widoki niesamowite – pustynny płaskowyż, z lewej i z prawej niemający końca, a z przodu ograniczony różowymi górami. Góry te z każdą minutą leniwego bujania się na wierzchowcach stawały się coraz większe aż znaleźliśmy się na grząskim złotym piasku. Przygoda przygodą, ale po 3 godzinach monotonnego pokonywania wydm mamy tej atrakcji szczerze dość. Dookoła tylko piasek, cudowny zachód słońca jedynie pomaga zorientować się w terenie. Nocleg spędzamy na środku zagłębienia pomiędzy wydmami, w śpiworach tworzących okrąg, w którego środku nasi przewodnicy do późnych godzin nocnych grają na bębnach i potajemnie popijają żołądkową gorzką.
Budzimy się wraz ze słońcem, które malowniczo oświetla piaskowe okrągłe szczyty. Ujeżdżanie dromaderów sprawia nam znacznie więcej bólu niż dnia poprzedniego, do Merzougi docieramy więc szczęśliwi. Po zimnym prysznicu wynajmujemy rowery i udajemy się zobaczyć jedno z przypustynnych jezior tuż przy granicy z Algierią. I tu bez kąpieli się nie obchodzi, ale ciepła woda przypominająca zupę nie jest już ani orzeźwiająca ani przyjemna.
FEZ
Do tego miasta na połnocy można dostać się jedynie autobusem, podróż to 10 godzin, decydujemy się wyruszyć wieczorem by cennego czasu nie zmarnować na dzienne podrożowanie. O świcie więc docieramy do ponad 1000-letniego Fezu, który uważany za kulturalną stolicę Maroka wita nas nieprzyjemnym zapachem małych uliczek i natrętnością jego mieszkańców. El-Bali, średniowieczne centrum to labirynt 9400 uliczek, ślepych zaułków i alejek, wśród których łatwo się zgubić, 350 meczetow, setki oszustow i milion… anten satelitarnych. Podczas pokazu przypraw i specyfikow połączonych z degustacją kupujemy szafran, proszek na chrapanie i berber viagra, oglądamy też (a co najgorsze wąchamy) jak barwi się a później suszy w gorących promieniach słońca skóry wielbłądzie.
WYBRZEŻE ATLANTYKU
Po dwoch dniach zwiedzania gorącego i tłocznego miasta wyruszamy nad ocean. Nowoczesny pociąg szybko pokonuje kilometry, mijamy stolice – Rabat i docieramy do Casablanki. Słynna z filmu, który nawet nie był w niej kręcony, to najbardziej europejskie, nowoczesne miasto, z wartym odwiedzenia meczetem Hassana II. Piękna, zaledwie 14-o letnia budowla znajduje się nad samym oceanem. Jest trzecią największą budowlą religijną świata, której sale potrafią zmieścić 25tys wiernych, nad ktorych głowami w razie deszczu dach może zamknąć się niczym na stadionie piłkarskim.
Tego samego dnia udajemy się w stronę ciepłych plaż Oualidii, znajdującej się 130 km na południowy zachód osady polecanej przez mieszkańców Casablanki. Rzeczywiście jest to nadmorski kurort z drogimi hotelami, restauracjami z cenami dla turystów, długą plażą, zatoką, wysokimi klifami i brudnym deptakiem. Na plaży Arabowie z przenośnymi grilami smażą ośmiornice, rekiny i ryby przypominające czerwone kule z kolcami. Hotele nie na naszą kieszeń, pierwszy raz nasze atuty przetargowe – 13 osób to niebylejaki zarobek tak dla hotelarzy jak i często działających wspólnie z nimi restauratorów – nie działają. Pozostało jedynie znalezienie mieszkania do wynajęcia. To udaje się dość szybko i wprowadzamy się do wielkiego domu z ogrodem i pachnącą zgniłymi rybami kuchnią. Pierwszy raz od początku wyprawy część z nas przekonuje się o co chodziło w ostrzeżeniach przed zatruciem marokańszczyzną. 3 dni wyjęte z życia, zawroty głowy, skrajne wycieńczenie i zanik mięśni – nauczka na przyszłość by nie jeść „wszystkiego”. Na koniec Tour de Maroc wracamy do Perły Południa.

Tymczasem mozecie juz ogladnac nasze fotki, tu chcialem podziekowac calej ekipie za udostepnienie mi swoich zdjec, dzieki czemu wszyscy mozecie sobie zobaczyc jak to w tej Afryce pieknie :)